,,O miłości wiemy niewiele. Z miłością jest jak z gruszką. Gruszka jest słodka i ma kształt. Spróbuj zdefiniować kształt gruszki.’’ Napisał Andrzej Sapkowski.
Moim zdaniem żyjemy dla miłości i miłość żyje dla nas. To dzięki niej czujemy, że nasze istnienie ma sens. Gdy jej doświadczamy – latamy wyżej niż Ikar. Mamy niesamowitą energię do życia i chcemy nią obdarzyć cały świat. Gdy zakłócamy jej przebieg, doceniamy jej istnienie i tęsknimy za jej pełną obecnością w naszym życiu. Dlatego też należy ją pielęgnować, niezależnie czy jest do psa, przyjaciela, cioci czy drugiej połowy. To miłość damsko-męska będzie dzisiejszym obiektem moim rozważań.
Od dziecka chciałam ogrom miłości, który mam w sobie, powierzyć temu komuś. Pierwszą moją ofiarą okazał się Książę Filip ze Śpiącej Królewny. Już w wieku pięciu lat byłam zła na cały świat, że nie jestem szesnastoletnią blondynką o anielskim głosie, której sukienka wciąż zmienia kolory. Dzisiaj oczywiście się z tego śmieję, co nie zmienia faktu, że potajemnie wciąż oglądam tą wyjątkową scenę. Gdy skończyła się moja wielka miłość do bajkowego księcia (który chodził w rajtuzach), szukałam jej w każdym możliwym miejscu. Jadąc autobusem, tramwajem, czy też w internecie. Bacznie obserwowałam, nie chcąc jej przegapić. Doszkalałam się poprzez oglądanie komedii romantycznych, czytanie romansów, słuchanie ballad, oraz liczne rozmowy
z bliskimi. Wyciągałam wnioski z różnych historii (fikcyjnych, jak i prawdziwych, których byłam świadkiem). Nie chciałam jej utracić, ponieważ kurczę, przecież o to w życiu chodzi – żeby się dzielić tym, co mamy w środku z innymi. Był okres, że zaczynałam wątpić w to, że kiedykolwiek ją znajdę. Wtedy, gdy straciłam nadzieję i wszystko powierzyłam mojej pasji – tańcu, ona znalazła mnie. Doszłam do wniosku, że dopiero gdy zdamy sobie sprawę kim jesteśmy, czego chcemy i co nas uszczęśliwia, będziemy mogli w pełni poprzez akceptację siebie być gotowi na dzielenie się sobą z kimś innym. Ta osoba powinna nas kochać takich, jacy jesteśmy naprawdę, ponieważ należy pamiętać, że nie wolno traktować drugiej połowy jak własności. Poprzez szacunek, obecność, wspieranie siebie wzajemnie oraz dążenie do spełniania swoich marzeń będziemy naprawdę szczęśliwi. Miłość miewa różne oblicza. Należy pamiętać, że jest ona nie tylko w chwilach radosnych i pełnych romantycznych uniesień. Znajduje się ona także w kłótniach, czy wspólnym pokonywaniu przeciwności losu. Wiele osób, które uznaje, że gdy występują spory, ‘to wtedy nie jest to miłość’, lub ‘się skończyła’. Bzdura. Gdyby nie miłość, to nie byłoby nic, tylko obojętność. A podstawą jakichkolwiek relacji międzyludzkich jest rozmowa i szczerość. Wyobrażacie sobie małżeństwo, które nigdy nie mówiłoby o problemach i tym, co ich męczy w sobie wzajemnie? Kilkanaście lat później zgubili by swój płomień,a nieunikniona rutyna by ich znudziła, powodując dom pełen ciszy i często złych, samodzielnie podejmowanych decyzji. Nie należy uciekać od problemów, jak Myszka Jerry od Tomma. Należy im śmiało i ze spokojem stawiać czoła, po czym poprzez rozmowę szukać złotego środka. Miłość to nie diabeł rogaty, tylko szacunek, wsparcie, obdarowywanie się szczęściem
i liczne kompromisy. Trzeba ją pielęgnować, jak wszystko, co nas otacza.
Gdy wiemy, że coś jest dla nas ważne, należy schować dumę i uprzedzenia
w kieszeń. Należy stać się otwartym na nowe, nieznane horyzonty i nie tracąc zaufania, zatracić się w tym szczęściu. Każdemu życzę takiej właśnie miłości. Jak to mówi mój kochany brat to, co jest nam pisane, nas nie ominie (czego przykładem jest Carrie Bradshow & ‘Big’).
Ps. Świetnym filmem, który doskonale odzwierciedla prawdziwą, nieraz burzliwą miłość jest The Notebook
J'embrasse, Sylw.
Czym jest miłość? Samo to pytanie brzmi dla mnie dziwnie. Może dlatego, że w nią nie wierzę? Nie potrafię zaufać czemuś, czego nigdy nie doświadczyłam. Chodzi mi tutaj o uczucie dwóch osób. W tym wypadku kobiety i mężczyzny.
Dobry przykład: jest im razem dobrze, a raczej odpowiednio (to chyba lepsze słowo), potrafią się ze sobą dogadać, mają wspólne tematy do rozmów i w łóżku wychodzi też całkiem nienajgorzej. Zachowują się jak para, ale bez tych wszystkich „kocham Cię, jesteś wspaniała/wspaniały, będziemy razem do końca życia, kupimy piękny dom i narobimy mnóstwo dzieci, a mamusia będzie szczęśliwa”.
Po co myśleć o tym, co będzie kiedyś, skoro jest tu i teraz? Po co się zakochiwać i przywiązywać do drugiej osoby, jeżeli nie mam pewności, że będzie tak już zawsze? Dlaczego mam się przejmować tym, że chłopak, z którym teraz jestem, będzie złym mężem i fatalnym ojcem?
Słowo „miłość” wiąże się dla mnie z czymś bardzo poważnym. Jak przysięga: już zawsze będziemy razem. To przerażające, być z jedną osobą i myśleć ciągle o tym, że już tylko on i nikt inny.
To nie tak, że nie wierzę w to, że nigdy się nie zakocham. W szóstej klasie szkoły podstawowej powiedziałam sobie, że jeżeli do końca gimnazjum nie znajdę męża, to zostanę zakonnicą (pojawił się problem, kiedy zdałam sobie sprawę z tego, że nie wierzę w boga). Teraz dopiero dotarł do mnie absurd tego postanowienia. Nikt nie wywierał na mnie żadnej „presji”. Po prostu tak chciałam. Byłoby bardzo wygodnie. Myślałam, że jeżeli chłopak będzie spełniał trzy podstawowe zasady (dowcipny, inteligentny, przystojny) to od razu się zakocham. B Z D U R A. Chyba nie mogłam wymyśleć nic gorszego.
W pewnym momencie doszłam do wniosku, że przestaję szukać. Nie chcę ciągle czekać na ‘tego jedynego’ i całe to zamieszanie z idealnym związkiem mam gdzieś. Dopóki nie poznałam chłopaka, któremu naprawdę zależało. Nawet już się poddałam i stwierdziłam, że niech się dzieje co chce. Będzie mi z nim ‘wygodnie’. Będzie mnie przytulał, jak sobie tego zażyczę i pisał słodkie smsy na dobranoc. I wtedy uderzyło we mnie jak grom z jasnego nieba: wcale tego nie chcę. Zbierało mi się na wymioty, jak widziałam kolejną wiadomość pełną serduszek, buziaczków i słowa „kotek”. I teraz pojawiło się pytanie: jak to wszystko odkręcić, żeby go nie zranić? No cóż, to nie takie proste. Po prostu idealne rozwiązanie takiej ‘chorej’ sytuacji nie istnieje. Trzeba powiedzieć wprost, że nie masz ochoty na nic poważnego i tyle. I nawet mnie bolało, kiedy musiałam się do tego przyznać, bo przecież zdradziłam siebie sprzed paru miesięcy.
Teraz doszłam do bardzo prostego wniosku. Lepsze od związku są zwykłe „relacje”. Bez uczuć i obawy, że zranisz drugą osobę. Wolę się teraz cieszyć tym, że jest mi dobrze tak, jak jest. Może kiedyś się zakocham i będę w stanie poświęcić swoją wolność drugiej osobie, ale na razie jestem ‘niedojrzałą gówniarą, która nie wie czego chce od życia’ i mam nadzieję, że jeszcze długo tak pozostanie.
amel.